Czego nauczyło mnie 5 lat jazdy rowerem po mieście

Czego nauczyło mnie 5 lat jazdy rowerem po mieście

Pięć lat, cztery mieszkania i trzy rowery. Szybko zleciało. Czas na krótkie podsumowanie.

Pięć lat temu świat zachwycał się pierwszym iPadem, Polacy opłakiwali zakończenie emisji serialu „Złotopolscy”, a ja po raz ostatni doładowałem swoją kartę miejską. Wtedy właśnie przeprowadziłem się na tyle blisko centrum Krakowa, że zwykły dojazd rowerem do pracy przestał przypominać trening wydolnościowy.

Od tego czasu mieszkanie zmieniałem 4 razy, jeździłem na 3 różnych rowerach i raz zmieniłem pracę. Jednak do jazdy komunikacją miejską już nie wróciłem (nie licząc powrotów z knajp). Nauczyłem się też kilku rzeczy o rowerach w mieście i o ludziach, którzy nimi jeżdżą.

Lepiej rozumiem neofitów

Maciek na swoim blogu ostatnio nabijał się z osób, które uszczęśliwiają swoich znajomych na Facebooku wynikami z Endomondo. Pewnie sami to znacie z własnych tablic na fejsie. Ktoś zaczyna biegać i czuje się w obowiązku poinformować o tym cały świat. Wrzuca więc zdjęcia nowych butów, publikuje nawet najkrótsze trasy z Endomondo, a podczas spotkania w realu trudno porozmawiać z nim o czymś innym niż mięśnie i rozgrzewka. Ot, typowy neofita.

Teraz wiem, że to normalne i przechodzi z czasem. Gdy zacząłem jeździć rowerem i odkryłem, jakie to fajne, sam miałem coś z neofity. Uważałem, że samochody w centrach miast to taki sam przeżytek jak lokomotywy parowe na kolei. Dziś też tak myślę, ale nauczyłem się, że każdy musi sam odkryć swój pomysł na rower. Uszczęśliwianie innych na siłę po prostu nie działa.

Znam wszystkie argumenty hejterów

Nie działają też argumenty w dyskusjach z samochodowymi hejterami. Gdy zacząłem bardziej interesować się rowerami, czytałem sporo materiałów w necie o przestrzeni miejskiej i transporcie. Czasami zaglądałem do komentarzy. Dziś tego nie robię, bo z góry wiem, co jest w nich napisane.

Lista zarzutów nie zmienia się od lat i jest równie odporna na wszelkie argumenty, co Nokia 3310 na upadki. Najbardziej bawi mnie ten o korkach, rzekomo powodowanych przez rowerzystów jeżdżących ulicami. Jeśli wierzyć komentarzom, w każdym takim korku stoi co najmniej kilku kierowców, którzy akurat wiozą rodzącą żonę na porodówkę. Gdzie w takim razie jest ten przyrost naturalny?

bicycle not give a fuck

Rower jest jak telewizor, tylko na odwrót

Kolejną zmianą z ostatnich pięciu lat, była rezygnacja z oglądania telewizji. W 2011 r. przeprowadziłem się do mieszkania, w którym po prostu nie było odbiornika i tak już zostało. Co ma piernik do wiatraka?

Jazda rowerem po mieście i porzucenie telewizji to niewielkie zmiany, jakie każdy może bez większego wysiłku wprowadzić w swoim życiu. Te niewielkie zmiany robią jednak dużą różnicę. Nagle okazuje się, że zyskujemy sporo czasu, a człowiek robi się zdrowszy – fizycznie od roweru i psychicznie od braku telewizji.

Turystyka rowerowa nie jest ani trudna ani kosztowna

Rower trekingowy kupiłem z prostej przyczyny. Nie miałem pomysłu na spędzenie urlopu i pomyślałem, że mógłbym się gdzieś wybrać na pierwszą wyprawę rowerową. Ciężki, stalowy Batavus średnio się do tego nadawał, więc kupiłem używanego Gianta za 350 zł i z pożyczonymi sakwami pojechałem w Bieszczady.

Podczas tej wyprawy popełniłem chyba wszystkie możliwe błędy. Nie miałem kondycji, zabrałem za dużo rzeczy i porwałem się z motyką na słońce wybierając górzystą trasę. Kolejne wyprawy poszły już znacznie łatwiej. Dwukrotnie przejechałem 500 km w drodze na Plener Podróżniczy. W minione wakacje skoczyliśmy z Majką na krótki wypad z Krakowa do Sandomierza, udowadniając, że rowerem miejskim też można.

Rower Gazelle Sandomierz

W mieście najlepsze są rowery miejskie

Brzmi jak truizm, prawda? Przez półtora roku dojeżdżałem 8 km w jedną stronę do pracy. Trochę daleko, więc zacząłem używać roweru trekingowego. Jest szybszy i lżejszy od mieszczucha. Sielanka trwała w najlepsze, aż przyszła jesień, a po niej zima.

Nagle okazało się, że łańcuch potrzebuje oleju częściej niż moje buty pasty. Z resztą na wiosnę i tak nadawał się tylko do wymiany. Klocki hamulcowe w kontakcie z piaskiem na obręczach znikały w oczach, a przerzutki co chwilę wymagały regulacji. Wtedy zrozumiałem, dlaczego na klasyczne holendry mówi się pieszczotliwie „woły robocze”. One po prostu działają.

Rowerzyści to normalni ludzie

To chyba najważniejsze, czego się nauczyłem. Przez ten czas poznałem kilkadziesiąt osób, które regularnie jeżdżą rowerami. Czy są wśród nich rowerowi terroryści i ekologiczne świry? Oczywiście. Tyle, że mogę ich policzyć na palcach jednej ręki.

Cała reszta to pracownicy korporacji, rodzice, wykładowcy, artyści, właściciele firm i specjaliści zarabiający sporo powyżej średniej krajowej. Normalni, fajni ludzie, którzy nierzadko mają samochody i zdrowy stosunek do nich. Po prostu traktują je jak narzędzia, a nie jak najważniejszego członka rodziny.

Fot. 1

  • Mikołaj Leszczuk

    Kurcze, no ewidentnie mógłbym się pod tym podpisać dowolną liczbą rąk… ;-)

  • Maciej Rutecki

    „Wtedy zrozumiałem, dlaczego na klasyczne holendry mówi się pieszczotliwie „woły robocze”. One po prostu działają.”

    Ooo tak, szczególnie że minęła kolejna zima i tylko stopkę musiałem nasmarować (piszczała przy składaniu). Jak widzę jak koledzy po zimie muszą niemal reanimować napęd, to wole ciężkiego mieszczucha, którego niewiele wzruszy. :-)

    W zimę mają jeszcze inną przewagę nad pozostałymi typami rowerów w mieście: wyprostowana sylwetka ułatwia jazdę, nawet na gładkich oponach. No i łatwiej bawić się w kontrolowane poślizgi. :-)

    • Paula

      Moglbys podac model tego mieszczucha, na ktorym jezdzisz?

      • Maciej Rutecki

        Gazelle Orange Lite z 2013 roku, damska rama. Obecnie nie produkowany, chyba najbardziej zbliżony jest do niego C7:
        http://www.gazelle.nl/assortiment/orange-c7

        Do ideału mu brakuje dwóch rzeczy:
        – hamulców rolkowych (chociaż z tyłu, zamiast V-brake) w zimę — ma je C7
        – światła z dynama w piaście (nie z baterii) — ma je C7

        Ale byłem świadom tego przy zakupie — zależało mi bardzo na niskiej wadze (poniżej 16kg, co jest bardzo dobrym wynikiem na mieszczucha).

        Trwałość rewelacyjna: jedna zerwana linka od przerzutek (po 5000km) i konieczność wymiany tylnej opony po 8000km (roku). Klocki hamulcowe (zwykłe, shimano, do 25PLN komplet x2 koła) starczają na minimum kwartał, do pół roku. Co przy mojej wadze (90kg) + sakwy należy uznać za sukces. Także nie mam żadnych problemów z kołami (centrowanie)

        Ale taka trwałość to cecha nie tylko Gazelle, ale innych prawdziwych holenderskich rowerów: Batavus, Sparta, Cortina.

        No i „holendry” to nie tylko typ ramy, ale wiele drobnych niuansów, których brakuje w innych, a w mieście — jak się je pozna — nie da się żyć: możliwość wpięcia dodatkowego łańcucha do podkowy (przy 1m już w zasadzie wszędzie jestem w stanie przypiąć rower: nawet do słupa trakcji trolejbusowej), dress guard (nie mam, ale następny rower musi go mieć), w pełni uszczelnione linki od hamulców i przerzutek, solidna stopka (wytrzymująca do 40kg) i „toporność”, która pozwala jeździć bezstresowo przez cały rok.

        Po wymianie opon we wrześniu na całkowicie odporne na przebicie (vredestein perfect extreme albo schwalbe marathon plus) pompkę wożę chyba tylko dla spokoju — ani jednego przebicia opony, w końcu sobie ją zostawię (jak łatki) w pracy. Komuś może się przydadzą.

        Ciekawią mnie rowery pokroju:
        http://www.gazelle.nl/assortiment/heavydutynl

        Widziałem taki tydzień temu w Amsterdamie (z resztą nie jeden) i sprawia wrażenie, że taki to dopiero dużo zniesie. :-) Rowery z przednim bagażnikiem są tam bardzo popularne. W Trójmieście spotkałem się tylko z jednym takim.

        • Paula

          Dziekuje za wyczerpujaca odpowiedz. Nosze sie z zamiarem kupna roweru typowego do jazdy po miescie. Przymierzam sie do holendra, podobaja mi sie Gazelle, stad moje pytanie. Dziekuje :)

          • Maciej Rutecki

            Warto wydać więcej pieniędzy na nią, która nie jest tania, ale nie bez powodu mówi się o niej jako o Mercedesie wśród rowerów. Innych producentów holenderskich oceniam na równym poziomie, ale następny rower na 99% i tak będzie Gazelle. :-)

            Jak nie planujesz teraz zakupu (w sezonie), to warto poczekać do wyprzedaży — ja zaoszczędziłem, kupując w wrześniu — 40% ceny, co przy oryginalnej 4200 zł nie jest do pogardzenia. Na szczęście „normalne” wersje i bez obniżek są w bardziej przyjaznych cenach.

            BTW planując zakup Gazelle zerknij do broszury producenta, który opisuje nazewnictwo, np.:
            – Orange ma ramę najbardziej wyprostowaną z współczesnych (pomijam modele klasyczne)
            – Charmonix zbliżoną do trekkingów, ale nadal wyprostowaną.

            C w nazwie oznacza „komfort”, zaś „8” liczbę biegów w piaście (albo zewnętrznych), np. tutaj:
            https://www.rowerystylowe.pl/p-6483/gazelle-orange-c8/w-10685/silver

            Zdecydowanie łatwiej potem sobie wybrać pasujący model:
            http://www.gazellebikes.com/service/brochures

            „Przymierzam sie do holendra, podobaja mi sie Gazelle, stad moje pytanie.”

            Lubię Gazelle, bo współczesne modele ram i całego roweru (szczególnie patrząc z przodu) sprawiają wrażenie lekkich… niczym gazela. :-)

          • Mikołaj Leszczuk

            Czyli rozumiem, że marka Cortina też jest spoko? Bo jednak trochę tańsza od Gazeli…

          • Maciej Rutecki

            Jak najbardziej. Tylko chyba są cięższe (i wagowo, i „optycznie”), ale prostsze i pewnie bardziej trwałe. Będąc w Amsterdamie zauważyłem, że Cortina jest bardzo popularna. Holendrzy mają bardzo praktyczne podejście do rowerów, więc to świadczy na plus.

            Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do wyglądu (więc można spokojnie pominąć) i że nie każda podkowa w ich rowerach ma możliwość wpięcia łańcucha (to akurat dla mnie ważne).

          • Mikołaj Leszczuk

            Dziękuję za informacje. Pytałem, do znalazłem Żonie taki rower: http://www.zajezdniarowerowa.pl/rowery-damskie/416-rower-miejski-cortina-soul-black.html

          • Maciej Rutecki

            „Przerzutki: 3 biegi w tylnej piaście Shimano Nexus”

            Jeśli nie macie zbytnio górzystego terenu to spokojnie wystarczy, odkupi się za to bardzo dużą trwałością.

            „Blokada tylnego koła: ABUS 485”

            Chyba nie ma możliwości podpięcia dodatkowego łańcucha, nie jest to złe, ale szkoda; sama podkowa to za mało.

            Opony jedynie bym zmienił na bardziej niezniszczalne (np. Schwalbe Marathon Plus). Żona będzie wdzięczna, gdy stres związany z przebitą oponą będzie miała z głowy w zasadzie na zawsze.

            BTW warto poszukać wersji z dodatkowym hamulcem z przodu (bębnowy), bo model z Twojego linka ma tylko torpedo. Teoretycznie wystarczy, ale skoro w tej samej cenie można mieć więcej, to czemu nie:
            https://www.rowerystylowe.pl/p-4435/rower-miejski-cortina-soul/w-6535/soft-blue

            albo w Twoim sklepie wynegocjować lepszy model.

            Generalnie rower nie do zajeżdżenia.

          • Mikołaj Leszczuk

            Dziękuję!
            Kraków, Śródmieście, w zasadzie jedyne górki, to rampy pod torami kolejowymi. :-)
            Wiem, że prosty ABUS. Już brałem wymianę podkowy na lepszą w nowym bakfietsie Babboe City, więc znam temat (a cargo był nietrywialny, koła grube musiałem zrobić Axa Solid XL).
            Szalenie cenna uwaga z hamulcem. Dodatkowo można mieć dynamo w piaście. Postaram się wynegocjować. Ale najpierw jazda próbna, co mogę zrobić w Zajezdni Rowerowej (Kraków), ale średnio w Rowerach Stylowych (Wrocław).

          • Mikołaj Leszczuk

            PS: wersja z przednim hamulcem jest jednak droższa (cena zmienia się, jak się zmieni opcje) – ale myślę, że i tak warto: 2 249,00 PLN

          • Maciej Rutecki

            A patrz, nie zauważyłem. W sumie by było trochę bez sensu jakby dwa modele, różnie wyposażone, były w takich samych cenach. Jak możesz sobie pozwolić na większy wydatek, to IMO warto. Tylko bym zainwestował w jakiś łańcuch/u-lock. Rower może kusić złodzieja.

            A na Kraków spokojnie 3 biegi wystarczają. Bardziej górzyste Trójmiasto: mam 7 biegów, ale w praktyce operuję na zakresie 2-6, który odpowiada właśnie trzybiegowej piaście (1 bieg odpowiada „mojemu” 2, 2-4, 3-6). W zamian, jak wspomniałem, masz trwalszy napęd.

          • Mikołaj Leszczuk

            Dokładnie o tym myślę: porządna Axa i dobry łańcuch na wtyczkę. Tak funkcjonują moje dwa inne rowery i (odpukać) skutecznie się to broni.

  • Krzysztof Słychań

    Fajny wpis – krótko, zwięźle i na temat :)
    Widzę, że masz podobny staż co ja.
    „Prehistoria”, czyli jeżdżenie na góralach, się nie wlicza.
    Jazdę na poważnie i na co dzień, na praktycznym mieszczuchu, zaczynałem w maju 2010. Dziewiczy rejs to była „akademicka” Masa Krytyczna (trasa biegła przez rejony uniwersytetu i politechniki); pech chciał, że odpadła mi wtedy korba, niefachowo przyspawana (!) przez któregoś z właścicieli. Później oddałem rower do serwisu, ale tamtejsi niechętnie na niego patrzyli i marudzili, że trzeba będzie dużo przy nim grzebać. Następny raz dałem rower do warsztatu, gdy potrzebowałem zapleść nowe koła (kupiłem siedmiobiegową piastę tylną i piastę z dynamem na przód). Były przygody w stylu „coś nie pasuje”, „nie mają szprych odpowiedniej długości” itp., zniechęciłem się do oddawania swojego roweru do naprawy u kogoś innego. I tak zaczęła się moja przygoda z mechaniką…
    Ćwiczyłem na swoich rowerach (o których dalej), testowałem coraz to inne części, zgromadziłem trochę specjalistycznych narzędzi, grzebałem w piastach, samodzielnie plotłem koła. Pierwsze miały problemy (np. za krótkie lub złej jakości szprychy, liche obręcze, nierównomierny naciąg), kolejne były już dużo lepsze.
    Dzisiaj naprawiam i odnawiam stare rowery półprofesjonalnie (tj od czasu do czasu znajdzie się klient, ale nie jest to działalność, którą się zajmuję w sposób ciągły). Celuję w naprawy, których inni nie lubią się podejmować. Wymiany dętek w holendrach z pełnymi osłonami, przeglądy piast z biegami i hamulców bębnowych, rozbieranie i odnawianie zapieczonych mechanizmów (czasem nie da rady bez opalarki, młotka i WD-40), od czasu do czasu plecenie kół, wszelkie naprawy elektryki oraz totalne rozłożenie, wyczyszczenie, złożenie i wyregulowanie roweru na nowo. Jestem zagorzałym zwolennikiem rowerów towarowych i bardzo chętnie przy nich majstruję.

    Jeżdżę przede wszystkim do i z pracy (13km w jedną stronę) oraz robię zakupy i biorę udział w różnych imprezach, akcjach i demonstracjach. Rzadko ruszam się poza Łódź. Byłem z rowerem dwa razy w Toruniu i to chyba tyle… do zwiedzenia mam Kraków, Wrocław, Radom, Poznań i Gdańsk. Kłopot tylko z czasem, funduszami i miejscem do zakwaterowania się na kilka dni. Rok temu pojechałem autokarem do znajomego do Holandii, tam jeździłem na pożyczonym rowerze przez dwa tygodnie (na południu kraju, przy granicy z Belgią – a także przez kilka dni po Amsterdamie). Jedno mogę powiedzieć… Kosmos! Wybieram się znowu w czerwcu/lipcu :).

    Siedzę dużo w rowerowych internetach. Lokalne (Fundacja Fenomen, projekt Bezpieczne Miasto – Inna Droga, Rowerowa Łódź itp.), ogólnopolskie (MdR, Polska na Rowery), blogi rowerowej elegancji (łódzki, toruński, krakowski), strony zagraniczne (np. http://bakfiets-en-meer.nl http://lovelybike.blogspot.com oraz http://transportfiets.net), parę fejsbukowych profilów. Wiem co w trawie piszczy jeśli chodzi o rowery użytkowe, czasem ktoś przyjdzie do mnie po radę :). Mam swoje zdanie na niemal każdy okołorowerowy temat, od mechaniki, przez wyposażenie pojazdu, ciuchy na rower, infrastrukturę, BRD, po politykę transportową miasta…
    Hejterzy? Rozpoznaję od razu, a komentarzy pod niektórymi artykułami na GW, Onecie itp. nawet nie czytam, bo również wiem, czego się spodziewać. Czytam za to wszystko na tym blogu, bo ludzie wypowiadają się z sensem i jeszcze nie natknąłem się na trolla.

    Moje rowery? Długo by pisać…
    Jestem niemal fanatycznym wyznawcą wygody, trwałości i praktyczności. Nie dysponuję dużym budżetem i rozważam za i przeciw przy zakupie części, ale również jestem zdania, że kto chce kupić tanio, kupuje wiele razy. Lepiej zainwestować więcej w lepszą część niż pozornie oszczędzić kupując dziadostwo. Tak więc w moich rowerach królują części z wyższej półki (jak na rowery miejskie, oczywiście). Np. opony Schwalbe Marathon Plus albo siodełka Brooks i Lepper.

    Pierwszy rower (nie licząc górali) to jakiś holender bliżej nieznanej marki, którego przerobiłem na transportowca. Dwa razy pękła mu rama, za drugim razem już nie oddawałem do spawania ;). Teraz rozebrany – będzie z niego jakaś instalacja artystyczna albo coś.
    Drugi to damka Juncker Reflex z lat 60tych. Pierwszy zabytek poddany renowacji. Ciut mała na mnie, wciąż ją mam, choć nie jeżdżę.
    Trzeci – męska Gazelle Populair z 1979r., długo mi służyła, póki się nie popsuła rama. Wymaga spawania, bo oczka w podporach siodła rozleciały się pod naciskiem śruby zacisku sztycy (przez jakiś czas były związane taśmą bagażową – prowizorki są najtrwalsze ;)). Przy okazji całość pójdzie do lakierowania.
    Czwarty rower to dwukołowy transportowiec z podwójną górną rurą. Zbudowany od podstaw na używanej ramie, dobór części wg własnego projektu. Z założenia wyposażony bardzo tradycyjnie i praktycznie. Oba koła na grubych szprychach, przód ma dynamo + hamulec bębnowy (Sturmey-Archer X-FDD), tył – trzybiegowe torpedo Sachs (uwielbiam te piasty). To prawdziwy wół roboczy, nieraz woziłem nim ok. 40kg. Oprócz wożenia towarów, służy za poligon doświadczalny, testuję na nim różne części (niedługo założę mu szersze oponki Marathon Plus – 47mm, oraz ponoć bardzo wytrzymały łańcuch Wippermann Connex 1R8). Miał dwie poważniejsze usterki: pęknięta rama – dałem do naprawy (podwójna rura to rzecz trudna do zdobycia w Polsce, a sprowadzenie z Holandii kosztuje…); pęknięty widelec – wymieniłem. Z ciekawości dodam, że błotniki do niego sprowadzałem z Amsterdamu, bo Rowery Stylowe nie miały wystarczająco szerokich.
    Piąty – Gazelle Populair, damka z lat 90tych, kupiona niedawno i nawet nie zdążyłem jej „pomasować”. Jeżdżę na niej na co dzień. Cholernie fajna, praktyczna i elegancka bestyjka, można wsiadać z lewej lub z prawej. Nie ma jak przekładanie nogi przez ramę… (przydatne jeśli trzeba zsiąść z roweru i go poprowadzić).
    Szósty – towarówka Sorte Jernhest. Jedyna taka w moim mieście. Jeżdżę nią rzadko, służy do cięższych transportów (np. przewiezienie drugiego roweru, wywóz dużej ilości złomu, przewozy materiałów na różnych wydarzeniach itp.).

    A, poza tym chyba znam każdy odcinek Yehudy Moona :P

  • Ja na początku nie byłem neofitą, dopiero po pewnym czasie coś mi się popsuło w głowie, a później złagodniałem. Staram się patrzeć szeroko na to co przede mną i na to co wokoło.

    Fajnie jest dostrzegać pewne sytuacje z innej perspektywy np. rowerzysta jadący wąską ulicą jednokierunkową zostanie otrąbiony na 10 stronę za „blokowanie ruchu”. Natomiast gdy kierowcy stoją w 3 kilometrowym korku, to nikt nie trąbi. Jest ok, to przecież korek, a nie „blokowanie ruchu”.

  • kaczan

    Ja od pewnego czasu jeżdżę damką Batavusem. Jest trochę za mała na mnie. To tyle z wad. Zalety:
    20 lat z hakiem na karku (sądząc po użytym osprzęcie) przez co nie rzuca się w oczy jako łup dla złodzieja.
    Podkowa – wchodząc na chwilę do sklepu nie muszę martwić się o zapięcie. Stawiam na stopce, blokuję koło i wiem, że nikt nie odjedzie. A amatorów biegania z 20 kg żelastwa wsród złomiarzy raczej nie ma ;).
    7 biegów – wiatr, większe zakupy, wzniesienie i cieszę się, że nie muszę prowadzać roweru tylko nadal jeździć. W często polecanych 3 biagach do miasta miałbym pewnie problem.
    Hamulce bębnowe – nie pamiętam co to regulacja hamulców. Po wjechaniu w dziurę nie muszę się już martwić, czy V-breaki będą łapać. Chociaż z chęcią bym zamienił na rolkowe. Żona posiad takie w swoim i chyba łatwiej je wyczuć.
    Bagażnik – co wrzucę, to przewiozę ;)
    Opony Shwalbe Marathon – jeżdże, jeżdze i nie potrafię gumy złapać. Chyba będę musiał się pouczyć od znajomych ;)
    Damska rama – wiem, że mam zgrabne nogi, ale nie muszę ich wszystkim pokazywać przerzucając przez ramę. Żona twierdzi, że wystarczy gdy Ona je sobie obejrzy ;)
    Wyprostowana sylwetka – mogę bez problemu widzieć wszystkie samochody, tramwaje, pieszych i co najważniejsze mam doskonałe miejsce do obserwowania syna, który od roku jeżdzi na rowerze.
    Pełne osłony łańcucha i dress guard – długi płaszcz nie jest przeszkodą w jeździe na rowerze.

    Ostatnio coraz częściej zastanawiam się nad wymianą na większy. Od razu też bym chciał pewnie nowszy. Myśle o upolowaniu używki Batavus Mambo lub Intermezzo ewentualnie Fuego , Gazelle Orange lub Chamonix. Koniecznie damską i rozmiar co najmniej 61 cm. Z damskich to chyba tylko Mambo ma 65 cm. Tylko wtedy bardziej bym musiał uważać na amatorów cudzej własności. Dodatkowo pewnie po kupnie używki w pierwszych 2-3 miesiącach okaże się, że jest dużo do roboty. Finansowo pewnie łątwiej by mi było znieść naprawy niż to, ze byłbym bez roweru. Dodatkowo nie mam gdzie trzymać nowego, więc najpierw bym musiał sprzedać obecny a potem dopiero szukać nowego. Więc pewnie jeszcze sobie pojeżdżę moją staruszką.

  • Świetny wpis :). Bardzo mi się podobał :)

  • Wojtek

    „Wtedy zrozumiałem, dlaczego na klasyczne holendry mówi się pieszczotliwie „woły robocze”. One po prostu działają.”

    A ja po 5 latach jeżdżenia 2 rowerami – trekingiem i holendrem sprzedałem holendra i przerobiłem trekinga na miejsko-trekingowy (przerzutka w pieście, hamulce tarcza + bębenkowe + dynamo w pieście). I to jest to :)

    • Mikołaj Leszczuk

      No i czym to się wtedy w zasadzie różni od Holendra?

      • W moim przypadku:
        – wagą
        – amortyzatorem
        – możliwością montażu fotelika

        A tak poza tym to właściwie niczym – po prostu doszedłem do wniosku, że po co mi 2 rowery jak mogę mieć jeden :)

        • Ja wciąż trzymam trekinga w swojej „stajni” do zastosowań turystycznych. Mieszczuchem jednak ciężko wjeżdżać pod górę z sakwami.

          • matisnape

            Z doświadczenia wyprawy do Norwegii wiem, że trekkingowym też jest ciężko :D

          • Z doświadczenia wyprawy do Chorwacji wiem, że tam też bywa ciężko :-)