„Chcę dojeżdżać rowerem do pracy, ale nie wiem, od czego zacząć” – poradnik dla początkujących

„Chcę dojeżdżać rowerem do pracy, ale nie wiem, od czego zacząć” – poradnik dla początkujących

Czy codzienna droga do pracy może sprawiać przyjemność? Tak, jeśli pokonujesz ją rowerem. Zobacz, od czego zacząć rozwód z samochodem lub komunikacją miejską. 

Wiosna – trudno o lepszy moment, żeby zacząć jeździć rowerem do pracy. Nie jest jeszcze tak gorąco, jak latem. Poranki nie są też tak zimne, jak choćby w marcu. Często spotykam się jednak z obawami związanymi z używaniem roweru na co dzień. W rozmowach słyszę: „Chcę jeździć do pracy rowerem, ale…” i tu pojawia się jedna z wątpliwości. Najpopularniejsze z nich zebrałem poniżej i postaram się udowodnić, że nie ma się czego bać.

Nie mam kondycji na rower

To może być prawda, jeżeli jazdę rowerem traktujesz jak sport. Tymczasem poruszanie się po mieście na dwóch kółkach ma tyle wspólnego ze sportem, ile stanie w porannym korku z rajdem Dakar. To pozorna przeszkoda wynikająca wyłącznie z nastawienia. Wystarczy w swojej głowie przestawić rower z szufladki „sport” do tej oznaczonej jako „środek transportu” i można ruszać.

Jazda po mieście nie jest wcale tak męcząca, jak może się wydawać. Prosty sposób, by się o tym przekonać, to zorganizowanie sobie własnego Bike-to-Work Day. Znajdź jeden dzień w tygodniu, kiedy zamiast do auta lub autobusu wsiądziesz na rower. Piątek nadaje się doskonale. Gdy akurat będzie kiepska pogoda, to odpuść i spróbuj kiedy indziej. Nic na siłę.

Droga do pracy prowadzi przez ruchliwe ulice

Jeżeli obecnie dojeżdżasz samochodem lub komunikacją miejską, to pewnie tak jest. W końcu nikt nie prowadzi torowiska tramwajowego przez osiedlowe uliczki. Ty jednak możesz z nich skorzystać.

Wejdź na mapy Google i wyznacz trasę z domu do pracy. W ustawieniach zaznacz, że poruszasz się rowerem lub pieszo. W ten sposób możesz znaleźć znacznie krótszą drogę niż ta, którą pokonujesz na co dzień. Co więcej, całkiem możliwe, że znajdziesz trasę wiodącą bocznymi drogami, gdzie ruch jest spokojniejszy. Tutaj przykład z Krakowa, gdzie auta nie wszędzie mogą wjechać. Ta sama trasa wytyczona dla samochodu i roweru.

Mapy Google nie są idealne, dlatego wyznaczenie pieszej trasy czasem działa lepiej niż szukanie dróg rowerowych. Zwykle tam, gdzie da się przejść, da się również przejechać rowerem. Dla pewności możesz skorzystać z funkcji Street View i pokonać całą drogę bez wstawania od komputera. W ten sposób sprawdzisz, czy po drodze nie ma schodów lub ścieżek przez pola. Dodatkowo może się okazać, że trasa wiedzie przez park lub inne przyjemne miejsce.

Mieszkam zbyt daleko od miejsca pracy

Trasa w Google wyznaczona? Świetnie. Sprawdź, jaki dystans pokazuje aplikacja. Komfortowa odległość na początek to około 5 km. Jeśli mieszkasz bliżej, to punkt dla ciebie. Dystans 6 – 7 km też cię nie zabije, ale przy odległości wynoszącej około 10 km już bym się zastanowił.

Nie mam czasu na dojazd rowerem

Tego jeszcze nie wiesz, skoro czytasz ten tekst. Gdy optymalna trasa została wytyczona i wiesz, ile kilometrów masz do pokonania, możesz łatwo policzyć czas przejazdu. Jako średnią prędkość jazdy przyjmij 15 km/h. Zatem jeśli mieszkasz 5 km od pracy, na dojazd potrzebujesz 20 minut.

Warto też zrobić prosty eksperyment, który zaproponował nasz czytelnik Wojciech:

rowerem do pracy - komentarz

W miejscu pracy nie ma stojaków rowerowych

Ale pewnie są znaki drogowe, słupki ogrodzeniowe albo inne obiekty, do których możesz się przypiąć. Pamiętaj tylko, żeby znaleźć coś, co mocno siedzi w ziemi, nie daje się łatwo przeciąć, a przypięty rower nikomu nie będzie przeszkadzał. Skrzydło bramy wjazdowej zatem odpada.

Nie wiem, jak przewieźć swoje rzeczy

Idealne rozwiązanie to koszyk, sakwy albo specjalne torby rowerowe z uchwytami na bagażnik. Na początku nie musisz jednak wydawać pieniędzy na takie gadżety. Wystarczy zwykły plecak albo torba na ramię (choćby ta, w której nosisz laptopa). Gdy jazda rowerem ci podejdzie, wtedy możesz rozglądnąć się za wygodniejszym rozwiązaniem.

Nie mam odpowiedniego roweru

Dobry rower miejski to wydatek od 2000 zł w górę. Jednak podobnie jak z sakwami czy koszykiem, nie warto wydawać pieniędzy, jeśli nie masz pewności, że to w ogóle coś dla ciebie. Na początek wystarczy jakikolwiek rower – góral z komunii, stara kolarka po ojcu czy sprzęt pożyczony od szwagra. Upewnij się tylko, że masz sprawne hamulce i oświetlenie. Napompuj koła i można jechać. Przyjdzie jeszcze czas na kupno lepszego roweru, a potem kolejnego i jeszcze jednego…

Na koniec chcę podziękować czytelnikom, którzy pomogli w powstaniu tego wpisu. Wasze komentarze na Facebooku były bardzo pomocne. Temat oczywiście nie jest zamknięty i chętnie poznam inne obawy początkujących, z jakimi się zetknęliście. Dajcie znać w komentarzach.

Fot. 1

  • Krzysztof Słychań

    Ruchliwe ulice: polecam jazdę przez parki, podwórka jamienic (o ile mają więcej niż jeden wylot), alejki itp.
    Mieszkam za daleko: rower, szczególnie składany, można łączyć z innymi środkami komunikacji – tramwajem, autobusem, samochodem (dojeżdżamy składakiem na parking, ładujemy do bagażnika, główny dystans przejeżdżamy autem, parkujemy w dogodnym miejscu np. na dużym parkingu przy głównej drodze, a do celu jedziemy składakiem).
    Nie mam czasu: oj, żebyś się nie zdziwił/a! Rower daje najbardziej przewidywalny czas dojazdu, chyba, że przytrafi się awaria (flak, uszkodzenie napędu itp.). Często jest szybciej, zwłaszcza jeśli jadąc komunikacją zbiorową trzeba się przesiadać albo przejść spory kawałek do i od przystanku, a jadąc autem – stać w korkach lub szukać miejsca do zaparkowania.
    Brak stojaków: zostają drzewa, barierki, ogrodzenia, ławki, poręcze, rury… Unikać wyrwikółek jak ognia! Warto sprawdzić, czy można wprowadzić rower do budynku i czy rower będzie pod nadzorem ochrony.
    Przewóz rzeczy: zależnie co i ile. Najprostsza opcja to tylny bagażnik i sakwy lub gumy do mocowania rzeczy. Praktyczny jest przedni bagażnik ze skrzynką, ew. koszyk montowany z przodu – nadaje się na zakupy lub przewóz torebki itp. Odradzam plecaki, szczególnie latem.
    Brak odpowiedniego roweru: można kupić używanego mieszczucha za 300zł wzwyż, choć bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia łatwo trafić na chłam (np. Kronany i większość tanich holenderek takich jak Limit, Popal, On the Road etc.), kradziony towar lub rower porządnej marki, ale z wadami ukrytymi. Polecam skorzystać z pomocy kumatych znajomych, lokalnej organizacji rowerowej lub zaprzyjaźnionego sklepu. Jednakże dla mieszkańców części dużych miast jest lepsza opcja – rower publiczny.

    • Maciej Rutecki

      O właśnie, rower składany, dobry do transportu mieszanego. Ja myślę o takim jako awaryjnym, na czas serwisowania mieszczucha, albo w bardzo złą pogodę, jako uzupełnienie kolejki. W małym mieszkaniu nie można zignorować jego małych rozmiarów, bo to ogromna zaleta.

    • Dzięki za uzupełnienie wpisu, Twój komentarz jest bardzo pomocny.

  • Maciej Rutecki

    Z obserwacji po znajomych, co by chcieli, a boją się to dominuje obawa o bezpieczeństwo i pogodę. Pierwsze, niestety, trochę uzasadnione, choć zmienia się na plus, drugie trochę wydumane, ale wystarczy samemu dawać przykład, że nie wymaga to jakieś magii, żeby dojeżdżać czysty i suchy do pracy.

    • O pogodzie nie pisałem dużo, ale można to załatwić dobrym serwisem z prognozą. Dzięki za komentarz.

  • Karol Rąpała

    Czasami warto się zapytać pracodawcy czy można rower zostawić koło miejsca pracy. Ja przez rok rower zostawiałem przy magazynie.

  • drott

    Dla mnie główna przeszkodą to konieczność przebierania się w pracy. Dwa razy. Przy drugim takie dochodzi jeszcze fakt, że zakładam nie świeżą odzież… Żadna to przyjemność. A jazda w tym, w czym pracuje? Cóż. Ani dla mnie ani dla procenta nie będzie to komfortowe.

    • ohaleck

      Tak jest, jeśli się jeździ na „góralu z komunii”. Brawa dla autora za propagowanie rowerowego januszyzmu.

  • „To może być prawda, jeżeli jazdę rowerem traktujesz jak sport. (…) Wystarczy w swojej głowie przestawić rower z szufladki „sport” do tej oznaczonej jako „środek transportu” i można ruszać.”
    Ha, łatwo to mówić osobie z niezłą kondycją. Jak ktoś jest słaby w te klocki, to takie teksty brzmią podobnie jak maratończyk mówiący „ee, kilometr to każdy bez problemu przebiegnie” :)

    W Gdańsku najczęstszym argumentem, jaki słyszę, jest zbyt górzysty teren, i faktycznie podjechanie do niektórych dzielnic potrafi człowieka wykończyć.
    Teoretycznie świetnym pomysłem byłoby połączenie roweru z komunikacją miejską – w praktyce droga do pracy przypada zwykle na poranny i popołudniowy szczyt, z autobusami tak zapchanymi, że rower zmieściłby się chyba tylko przyciśnięty do sufitu…

    Jeśli mamy szczęście mieszkać w mieście z niedrogim systemem roweru miejskiego w okolicy, warto sprawdzić czy właśnie taka opcja by nam nie pomogła. Jedna z koleżanek w pracy tak sobie radziła: w jedną stronę zjeżdżała z górki rowerem, a wracając wjeżdżała wygodnie autobusem :)

    • user1

      Jeśli chodzi o górzysty teren, to najlepiej sprawdza się wtedy rower elektryczny. Natomiast co do tego fragmentu tekstu:
      ” Dystans 6 – 7 km też cię nie zabije, ale przy odległości wynoszącej około 10 km już bym się zastanowił.”… nad połączeniem roweru i komunikacji zbiorowej właśnie.

      • Maciej Rutecki

        Dlatego uważam, że rower elektryczny, jak spadną ich ceny (przy zachowaniu jakości) do bardziej akceptowalnego poziomu i serwisy będą wiedzieć jak je naprawiać, będzie najlepszym rozwiązaniem do poruszania się po dużych miastach, gdy kondycja nie ta, ma się dużo podjazdów, dalej niż te 15km itp.

        Kiedyś byłem bardzo na nie dla e-bike’ów, do czasu, kiedyś sobie taki kupię i w zasadzie całe Trójmiasto będzie w moim zasięgu na co dzień. :-)

      • Pewnie, że by się sprawdził, ale wątpię żeby osoba która dopiero rozważa rozpoczęcie dojazdów rowerem inwestowała od razu w taki sprzęt :)

        • user1

          Różnie może być. W pewnych warunkach niektóre osoby mogą nie zacząć jeździć na rowerze w ogóle, chyba że byłby to rower elektryczny.
          A, i jeszcze co do tego, czy odległość dojazdu do pracy jest problemem:

          „Dojazdy samochodem przewyższają te rowerowe dopiero na dystansach większych niż ok. 7,5 km. Jest to odległość, którą każdy może pokonać na rowerze i to często szybciej niż samochodem. Jeśli założymy że poruszamy się rowerem ze wspomaganiem elektrycznym to nawet 15 km jest realistyczną odległością dla większości społeczeństwa. Jeżeli uwzględnimy intermodalność z siecią kolejową to jazda rowerem przy przejechaniu części dystansu koleją nawet na łącznym dystansie 25 km jest nie tylko realna, a nawet często szybsza niż samochód. Nie wspominając już że jest to tańsze i zdrowsze.”
          http://ibikekrakow.com/2012/10/31/kopenhaga-dystans-a-wybor-roweru-jako-srodka-transportu/
          Oczywiście, poza Kopenhagą te progi odległości mogą być inne, ale ogólna zasada jest podobna.

          • Łukasz Oleś

            Hmm ja do pracy mam 12 kilometrów. Staram się je pokonywać na rowerze crossowym ale z przyczyn pogodowych czasem się to nie udaje:) Jednak taka wycieczka z rana nakręca na cały dzień:) fajnie sie zmęczyć troche przed pracą ;)

    • Już się przekonałem, że Gdańsk jest dosyć górzysty, ale wciąż brzmi to dla mnie jak abstrakcja. Dla krakusów wszystko, co jest na północ od Krakowa jest płaskie jak stół ;-)

      • Też kiedyś myślałam, że nad morzem wszystko takie płaskie, zauważyłam te górki dopiero kiedy spróbowałam pokonać je na rowerze :)

  • Raul Pablo

    Trafiłem na ten blog poszukując informacji o „remoncie” starszego roweru miejskiego (raczej z nienajwyższej półki) i przyznam, że mnie wessał i przeglądam go od dobrych dwóch godzin :D
    Wracając do sedna. Cyklistą nie jestem, ostatni raz jechałem na rowerze dobre kilka lat temu, ale skoro pojawiła się okazja, to postanowiłem z niej skorzystać i przy okazji poprawić kondycję oraz zrzucić kilka kilogramów (w końcu nie ma przyjemniejszego sposobu od jazdy do pracy na rowerze zamiast autem). Tylko tu pojawił się problem, bo o rowerach nie mam pojęcia (poza tym, że mają ramę, koła, hamulce, łańcuch, siodełko, … i kilka innych drobiazgów).

    Poprzedniemu właścicielowi, który mi rower odstąpił, w serwisie powiedziano, że taniej wyjdzie kupić nowy rower. Jako że problemy z łańcuchem, pękniętą linką od przerzutki oraz pękniętą (prawdopodobnie) linką od któregoś hamulca wydają mi się możliwe do naprawienia bez ponoszenia olbrzymich kosztów (według poprzedniego właściciela koła są w porządku, opony nowe – pomijając fakt, iż od dwóch lat leżą nieużywane), w takim razie postanowiłem się tego podjąć (odnowienie i zabezpieczenie ramy przed korozją, czy wymianę siodełka – pomijam, bo to najmniejszy kłopot).
    Posiadam raczej standardowe narzędzia typu: młotki, kombinerki, śrubokręty, najróżniejsze klucze (również imbusowe), piłki do metalu, scyzoryk, miarki, taśmy, wd40 i być może coś jeszcze z podstawowego wyposażenia skrzynki z narzędziami. Ku mojemu nieszczęściu przeczytałem na kilku stronach, że do takiej zabawy z rowerem przydałoby mi się jeszcze kilka rzeczy pokroju rozkuwacza do łańcucha, specjalnych (?) kluczy do roweru, różnych smarów, olejów i pewnie jeszcze kilku innych rzeczy. Poza tym raczej wskazane byłoby posiadanie łańcucha do wymiany i linek (być może czegoś jeszcze). Także trochę się tego nazbierało, a wcale nie jestem od tego mądrzejszy, bo przede wszystkim nie wiem od czego zacząć, lista potrzebnych rzeczy krótka nie jest, a i budżet nie jest nieograniczony.

    Spróbować rozłożyć rower na części, żeby zobaczyć, czy coś jeszcze nie działa jak powinno, a później go złożyć, kupić wszystkie potrzebne rzeczy i dopiero wtedy rozpocząć właściwą zabawę? Najpierw kupić dodatkowe narzędzia, łańcuchy, linki i dopiero wtedy się zabrać za rozkładanie? Po prostu nie wiem, a mieszkanko w bloku, bez piwnicy, bez dostępu do jakiegoś warsztatu trochę utrudnia pracę na raty bez zostawiania kilkudniowego bałaganu (który zapewne i tak nie miałby prawa utrzymać się przez więcej niż jeden dzień, bo pewna osoba, chyba by mnie za niego uśmierciła :P).

    Czy ktoś z was, doświadczonych rowerzystów, mógłby mnie poratować radą i dać znać od czego warto zacząć, żeby nie zapędzić się w kozi róg?

    • Cieszę się, że blog Ci się spodobał :-) A co do Twojego, roweru, to w pierwszej kolejności zabrałbym się za to, co już na pierwszy rzut oka wymaga wymiany i ma wpływ na bezpieczną jazdę (czyli np. linki hamulca). Polecam blog http://roweroweporady.pl/ – tam znajdziesz wskazówki dotyczące serwisu niemal każdej części w rowerze.

      • Raul Pablo

        Dopóki nie zacząłem się tym interesować, to nie miałem pojęcia, że jest tyle blogów rowerowych. A Ty polecasz kolejny :) Dzięki.

    • Filip

      Jeżeli chcesz samodzielnie grzebać w rowerze to chwała Ci za to! Warto, naprawdę warto, bo nie tylko zaoszczędzisz masę pieniędzy i czasu, ale też da Ci to osobistą satysfakcję i poczucie pewnej niezależności na trasie. Argumenty typu „brak zmysłu technicznego” albo „no bo przecież jestem kobietą” uważam za, delikatnie mówiąc, chybione. Wbrew serwisom, producentom i całemu lobby, rower to nie samochód i praktycznie wszystko możesz zrobić w nim sam przy odrobinie dobrej woli. Z doświadczenia wiem, że bardziej opłaca się kupić „specjalne” narzędzie typu klucz do kaset, ściągacz do korb, czy skuwacz do łańcucha, niż z każdym takim drobiazgiem latać do serwisu, tracić czas i przepłacać za coś, co najczęściej będzie zrobione na odwal (częste przy centrowaniu kół).
      Garść praktycznych porad:
      1. WD 40 nie nadaje się do roweru, a już na pewno nie do smarowania łańcucha.
      2. Linki najtaniej kupisz w markecie – zwykle wymienia się samą linkę, bo pancerzyk jest ok.
      3. Smar do piast – wystarczy zwykły ŁT-4 (towot) nie musi mieć napisane na opakowaniu Shimano (i kosztować x razy więcej).
      4. Większość części, na które możesz poczekać kupisz o wiele taniej w internecie niż w sklepach. Nieraz przebitka jest rzędu 100%
      5. Łańcuch wymień od razu na nowy – dobierz do kasety (liczby rzędów)
      6. Może Ci się przydać klucz do kasety/wolnobiegu, żeby przesmarować piastę tylną z obu stron.
      7. W sieci jest mnóstwo porad, na YT są świetne filmy.

      Jak coś, to pytaj śmiało:) Powodzenia!

  • szpinakowefit

    Ja dwa lata temu stwierdziłam a co tam spróbuję ;-) miałam do pracy 15km pojechałam pierwszy raz i przepadłam. Nic to że tylko trochę ścieżek i potem ruchliwe ulice, nic to że daleko i wolno (tempa nie mam zabójczego) ale jeżdżenie do pracy rowerem (jak się ogarnie logistykę np. przebierania i pakowania tony żarcia w mały plecak;-P) to mega przyjemność. Teraz mam ok 17km w jedną a z powrotem często specjalnie jadę inną dłuższa trasą ponad 20km i to dla mnie mega frajda ;-)

  • Bardzo fajny post.
    Jak zacząłem do pracy jeździć rowerem, to mocno mnie to wciągnęło.
    Nie mogłem się nawet tego doczekać :)

    Co do rzekomego braku czasu to dwie sytuacje:
    -dojazd rowerem zabierał mi 3x mniej czasu niż autobusem
    – znajomy z Łodzi ostatnio opowiadał mi, że średnio 15 minut rowerem jeździ, a autem nigdy nie zszedł poniżej 15 min.

    • U mnie jest podobnie jeśli chodzi o rower vs tramwaj. Różnica jest mniejsza, ale przez to, że trzeba dojść na przystanek i z przystanku do pracy, cała podróż trwa dłużej.

      • Tak, a dodatkowo trzeba wskazać korzyści z jazdy rowerem jak zachowanie kondycji, brak tłoczenia się w środku komunikacji miejskiej (uciążliwe lato i upały) itd.

  • Filip

    Jak dla mnie istnieją dwie zasadnicze kwestie, które trzeba przemyśleć, a mogą się okazać problemem nie do przejścia:
    1. Charakter pracy w kwestii ewentualnego przebierania się, prysznica, czasu itd.
    2. Miejsce do przechowania roweru

    Cała reszta jest do przejścia:
    1. Kondycja – można sobie wcześniej wyrobić, ćwiczyć w wolnym czasie. Lepiej jeździć z wysoką kadencją, czyli pedałować szybciej na lżejszych przełożeniach. Jechać równo, spokojnie, z w miarę stałą prędkością, unikać zrywów. Rozpędzić się z górki, żeby łatwiej było wyjechać na następną. Niby takie oczywiste, ale nie dla każdego.
    2. Góral z komunii – założyć chociaż błotniki i oświetlenie, nasmarować łańcuch, dobrze napompować koła. Się spodoba, to się kupi lepszy rower. Np. 2 tys. za w miarę dobry rower to chyba nie taka tragedia, to cena przeciętnego laptopa, a różnica między nim a marketowym góralem będzie ogromna.
    3. Trasa – opracować wcześniej z mapami, a potem przećwiczyć w praktyce np. w niedzielę, jak jest mały ruch, ewentualnie coś pozmieniać, zmierzyć czas, tempo itd., żeby wiedzieć, czego się spodziewać.
    4. Sprawy techniczne – poćwiczyć chociaż zmienianie dętki – amator bez problemu wyrobi się w 10 minut, więc na to trzeba mieć margines, żeby się nie spóźnić do pracy. Zawsze mieć ze sobą pompkę, narzędzia, zapasową dętkę. Podszkolić się technicznie, żeby umieć sobie poradzić z drobnymi usterkami.
    5. W zimie uważać, bo wtedy najłatwiej się przegrzać – zwykle ludzie ubierają się za grubo.

  • ohaleck

    „Na początek wystarczy jakikolwiek rower – góral z komunii, stara kolarka po ojcu czy sprzęt pożyczony od szwagra.” Dla kogoś, kto nie jeździł dotąd na rowerze, to najlepszy sposób na zniechęcenie się do jazdy na rowerze do pracy. Góral to rower do rekreacji, nie do miasta.

    Starego holendra można kupić za 300zł i już więcej nie brudzić nogawki, nie pocić, móc wozić torbę i dużo więcej, na bagażniku, w koszyku itp.

    • Niekoniecznie, dla wielu osób zakup sprzętu (ale jak, ale gdzie, ale za ile, ale co kupić, ale skąd wiedzieć czy się nada) to już bariera która może solidnie zniechęcić do spróbowania. Pewnie, że na dłuższą metę takie sprzęty się nie sprawdzą, ale mają jedną niepodważalną zaletę: już są :)
      Poza tym, górale do miasta nie są wcale takie złe. Szczególnie dla początkujących, dopiero wyrabiających sobie kondycję, mieć 18 biegów zamiast 1-3 to znaczne ułatwienie. No i dużo łatwiej wynieść je z mieszkania/piwnicy niż ciężkiego holendra. Mówię z własnego doświadczenia :)
      O góralach do miasta pisał już Łukasz: http://roweroweporady.pl/najlepszy-rower-do-jazdy-po-miescie/

      • Remigiusz Marondel

        Góral do miasta jest dobry gdy jest zawsze czysto,zawsze sucho,zawsze pewnie :)
        Są w ofertach mieszczuchy,w miarę lekkie,proste w obsłudze z Nexusami 7,przy nich górale na mieście pod każdym względem wymiękają.

        • A nie zawsze, całą zeszłą zimę przejeździłam na góralu, wystarczyło zamontować błotniki. W porównaniu do mojego drugiego roweru-niebo a ziemia, na śniegu naprawdę lepiej trzymał się drogi a ja czułam się pewniej.
          Nie twierdzę, że jest to wybór najlepszy do miasta, ale nadal uważam, że najlepiej zacząć od tego sprzętu, który już mamy. Inaczej może okazać się, że myśląc wciąż nad tym jaki sprzęt kupić, nie zaczniemy w ogóle.

          • Remigiusz Marondel

            Jak ktoś ma to co ma to oczywiście.Najlepiej jak ktoś sam dojdzie do jakichś wniosków.Też jeździłem typowym tak zwanym góralem,w zimie na śniegu to był koszmar po przyjeździe na chate,ekonomicznie się i tak opłacało,a tak naprawdę to kwestia opon. No i tak naprawdę złotego środka niema,jakoś trza se radzić,ale zawsze lepsze to jak być na łasce komunikacji miejskiej.

  • Wojciech Topolski
  • Tony

    Dzięki za fajny poradnik, zwłaszcza, że ostatnio sam stałem przed dylematem dojazdu rowerem do pracy. Kilkukrotnie byłem, jednakże kwietniowa pogoda często psuła plany. Obecnie posiadam rower górski:
    http://rowerwycieczki.blogspot.com/2016/04/poradnik-nauka-jazdy-ze-sprzetem-spd.html
    Zastanawiam się nad montażem pedałów SPD.
    Co sądzicie o takim rozwiązaniu na miasto?

    • Maciej Rutecki

      W sumie są osoby używające SPD w mieście, bo widzę ich codziennie. Ale bardzo mało jest wśród tych co korzystają z jezdni, wraz z samochodami. Generalnie się da, jeździ się lepiej, ale trzeba mieć bardzo dobrze opanowane wypinanie się z nich, bo wywrotka na ruchliwej ulicy może oznaczać tragedię. Ja w każdym bądź razie nie używam (z resztą SPD i holender to ciekawe połączenie ;-)).

      • Remigiusz Marondel

        Ja często jeżdżę w SPD po mieście,ogólnie nie polecam tego,choć nigdy nie miałem groźnej sytuacji. Lecz daje to dużo dynamiki i jazda jest nie porównywalnie szybsza.

  • EL Wu

    W Krakowie lepiej niż Google sprawdza się wyszukiwarka trasy z Megataxi.
    Dzięki temu skróciłem trasę moje codzienne 10 km w jedną stronę poniżej 9 km. Niby nic, ale rano każda minuta się liczy :-)