
Dziś będzie o nowych technologiach i amerykańskich obyczajach. Na Statku Kosmicznym miało być więcej tekstów o życiu itp., ale charakter wykonywanej pracy oraz fakt, że codziennie czytam newsy z serwisów poświęconych technologiom sprawił, że dziś będzie o nowym produkcie Apple. Po życiowe przemyślenia podlane sosem sarkazmu odsyłam do Demotywatorów.
O co chodzi z Apple? Otóż Steve Jobs niedawno przedstawił światu swoje nowe dziecko – nikomu niepotrzebne urządzenie pozbawione portów USB i paru innych, oczywistych bajerów, które od ponad trzech lat elegancko działają w moim laptopie z niższej półki. Na pewno o nim słyszeliście, bo mówiły o nim wszystkie media. Nie zdziwiłbym się, gdyby Fakty TVN poświęciły mu specjalne wydanie, a Wyborcza swoją czołówkę. Tak, dziś będzie o iPadzie, a ściślej rzecz ujmując o reakcjach na ten produkt.
Niedługo po premierze na YouTube można było znaleźć mnóstwo filmów poświęconych tabletowi. Większość z nich to filmy nakręcone przez wyznawców Apple, podnieconych faktem, że mogą rozpakować swój nowy nabytek, sfilmować całą czynność i pokazać światu jak wygląda iPad w kartonowym pudełku. Super. Na YouTube pokazały się również filmy o zgoła odmiennym charakterze, które zainspirowały mnie do napisania tego tekstu. Jeden z nich możecie zobaczyć poniżej:
Fabuła większości tego typu filmów jest prosta niczym fabuła pornosów, tyle że zamiast Erosa, główną rolę gra Tanatos. Znudzony życiem Amerykanin za kilkaset dolarów kupuje sobie iPada i zamiast cieszyć się dotykowym wyświetlaczem oraz setkami aplikacji dostępnymi w App Store, postanawia przetestować sprzęt na wypadek trzęsienia ziemi (walący się budynek imituje uderzenie kija baseballowego lub innego ciężkiego narzędzia). Na pierwszy rzut oka, to działanie pozbawione sensu. Po co niszczyć urządzenie, które w najtańszej wersji kosztuje blisko 500 dolarów?
Z odpowiedzią śpieszy nam antropologia kulturowa i opis rytuału zwanego potlaczem. Co to takiego? Odpowiedź zna niezawodna ciocia Wikipedia. Potlacz to „ceremonia przeprowadzana wśród plemion Indian (a jakże!) Ameryki Północnej, żyjących na północno-zachodnim wybrzeżu Pacyfiku. Uczestniczący w tym obrzędzie oddawał innym lub niszczył należące do siebie dobra materialne, aby zachować lub podnieść swój status społeczny. Bezpośrednim, uświadomionym celem potlaczu było wywołanie u gości poczucia poniżenia. [...] W skrajnych sytuacjach potlacz kończył się spaleniem chaty gospodarza”.
I wszystko jasne. Uprawianie antropologii w dzisiejszych czasach jest łatwiejsze niż nam się wydaje. Nie trzeba jechać na drugi koniec świata, aby śladami Malinowskiego badać prymitywne plemiona. Wystarczy włączyć YouTube. Pozostaje tylko jeden dylemat – czy to, co widzimy na filmach w internecie można nazwać górnolotnie rytuałem czy zwykłą głupotą? Nie znam odpowiedzi, choć bliżej mi do opcji numer dwa. I jeszcze jedno – zanim zwrócicie komuś uwagę, że wyrzuca przeterminowane jedzenie do śmietnika, podczas gdy dzieci w Afryce głodują, zastanówcie się dwa razy. W społeczeństwach Zachodu, do którego aspirujemy, żyją ludzie, którzy dla pięciu minut internetowej sławy oraz zrobienia na złość Steve’owi Jobsowi niszczą nowy sprzęt za 500 dolców. A afrykańskie dzieci nie mają nawet peceta.
Foto: -nathan, CC license
przeprowadzana wśród plemion Indian Ameryki Północnej,
żyjących na północno-zachodnim wybrzeżu Pacyfiku. Uczestniczący w tym obrzędzie oddawał innym lub
niszczył należące do siebie dobra materialne, aby zachować lub podnieść
swój status społeczny. Bezpośrednim,
uświadomionym celem potlaczu było wywołanie u gości poczucia poniżenia.
Ci mogli bronić się, składając gospodarzowi kontr-dary bądź niszcząc je.
To z kolei nakręcało spiralę wymiany coraz liczniejszych i cenniejszych
dóbr (głównie derki, olej i miedziane blaszki). W skrajnych sytuacjach
potlacz kończył się spaleniem chaty gospodarza.

1 komentarz
Permalink
(…) nie mają nawet Atari.