Recenzja: Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd – Kazimierz Nowak

Recenzja: Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd – Kazimierz Nowak

Do recenzji książki „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” Kazimierza Nowaka zbierałem się od dłuższego czasu. Powody są co najmniej dwa.

Pierwszy z nich to objętość książki. Siódme wydanie, które trafiło w moje ręce, liczy sobie blisko 400 stron. W czasach internetu i wszechobecnego too long; didn’t read czasami trudno skupić się, by wraz z autorem przebyć kontynent afrykański tam i z powrotem.

Drugi powód ma charakter osobisty. Historia Kazimierza Nowaka w pewien sposób wpłynęła na moje życie jeszcze, zanim przeczytałem książkę. Kilka rzeczy przestawiło mi się w głowie, poznałem wiele inspirujących osób i po raz pierwszy przejechałem 500 km rowerem z Krakowa do Boruszyna.

To miejsce, w którym wszystko się zaczęło. Z Boruszyna bowiem Kazimierz Nowak wyruszył przez Poznań, Rzym i Neapol w podróż swojego życia. Powód był prozaiczny – kryzys gospodarczy z lat 30. i trudności ze znalezieniem pracy skłoniły go do szukania zarobku w pisaniu i sprzedawaniu relacji z podróży do gazet.

Reportaże, zdjęcia i listy Nowaka, zebrane przez Łukasza Wierzbickiego, składają się na zawartość książki. Treść niezwykłą i piękną. Przede wszystkim na uwagę zasługuje język, jakim posługuje się Nowak. Literacki, wyważony, często opisujący detale, pozwalające czytelnikowi na wczucie się w jego sytuację.

Cała okolica drżała od huku wodospadów, przepiękny łuk tęczy mienił się w słońcu, było parno, wilgotno, chciało się krzyczeć z radości. Poprzez zwartą ścianę bujnej zieleni przesuwał się stalowy potwór ekspresu zdążającego do Kapsztadu, w oknach widać było twarze pasażerów spoglądających z zachwytem na krajobraz roztaczający się dookoła. Ogłuszający łoskot olbrzymiej masy wód zagłuszał stukot pociągu. Zdawało się, iż to nie pociąg mknie po srebrzystych szynach, ale nierealna zjawa!

„Na ogół są dwie Afryki”

Książka „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” nie jest jednak zbiorem pocztówek, malowanych słowem i zdjęciami. Kazimierz Nowak zaskoczył mnie swoją socjologiczną wrażliwością, która co chwilę daje o sobie znać. Autor pisze o Afryce lat 30., której znaczna część była podzielona pomiędzy państwa europejskie. Można odnieść wrażenie, że pomimo swego pochodzenia, bliżej mu do rdzennych mieszkańców kontynentu niż do Europejczyków.

O kolonializmie wyraża się krytycznie. Piętnuje zajmowanie terenów, odwiecznie należących do tubylców, przez wojska państw Starego Kontynentu. Często ukazuje Europejczyków jako osoby znudzone, które przyjeżdżają do Afryki po to, by się dorobić i zabawić, a później wracają do siebie, nierzadko z przykrą pamiątką w postaci chorób wenerycznych.

Kazimierz Nowak często korzysta z pomocy i gościny żołnierzy lub urzędników kolonialnych. Jednak robi to tylko w takim zakresie, jaki jest konieczny. Zdarza się nawet, że zamiast spać w czystym łóżku, rozbija swój namiot na przedmieściach, jak zwykł to robić podczas podróży przez pustynię.

Autor dostrzega początki zjawiska, z którym mamy do czynienia dziś. Chodzi o wirtualną rzeczywistość, wykreowaną na potrzeby turystów. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Podczas, gdy w 2013 r. w Kairze trwały krwawe starcia po odsunięciu prezydenta Mohammeda Mursiego, turyści w kurortach sączyli swoje drinki, jakby nigdy nic. Ten świat, oderwany od rzeczywistości, swoje początki ma już w czasach kolonialnych.

Na ogół są dwie Afryki: jedna na pokaz, druga zaś niedostępna dla ogółu, o której żaden podróżnik nie pisze, choćby ze względu na to, że aby ją poznać, trzeba się wypocić, zaznać głodu i pragnienia, ryzykować zdrowie i życie.

Podróżowanie przed erą GPS

Ostatnie słowa powyższego cytatu nie są wyssane z palca. To, co uderza w opowieści Kazimierza Nowaka to widmo śmierci, które towarzyszy mu przez całą podróż. Już w pierwszym etapie podróży przez Libię podróżnik kilkukrotnie cudem uchodzi z życiem.

Wreszcie posłyszałem w rozedrganych falach powietrza coś, co przypominało mi śpiewne wołanie muezina: „Allach Akbar… Allach Akbar…”, a w dali zarysowała się ciemna plama do złudzenia podobna do lasu palm. A więc była tam woda! Tak blisko była woda, a ja bezsilnie leżałem na piasku i powstać nie mogłem.

Dziś wybierając się nawet w najbardziej ekstremalną podróż, nie wyobrażamy sobie, że moglibyśmy zginąć z pragnienia, oślepieni słońcem odbitym od piasku lub wskutek spotkania z dzikim plemieniem. Czytając książkę, trudno jest również pojąć, jakim cudem autorowi udało się przebyć tak długą drogę bez sprzętu, którym dysponujemy dziś.

Kazimierz Nowak rozpoczął swoją podróż, mając ze sobą rower Brennabor, który widać na okładce książki. Jak pisze, nawet po zapakowaniu wyłącznie najpotrzebniejszych rzeczy, pojazd ważył około 70 kg. Dlatego zapasy wody i jedzenia, jakie miał ze sobą, często okazywały się zbyt małe. Okładka książki oddaje również sposób, w jaki zwykle musiał podróżować. Utwardzane drogi można było spotkać wyłącznie wokół dużych miast. Przez dużą część trasy skazany był na pchanie swojego dobytku lub łatanie opon przebitych na bezdrożach.

Podróż rowerem bez przerzutek, objuczonym sprzętem, który z light packingiem ma niewiele wspólnego, to jedno. Zaskakujące jest również to, w jaki sposób udawało się Nowakowi spisywać swoje przygody, wysyłać je do Europy i utrzymywać kontakt z rodziną. O robieniu i wysyłaniu zdjęć nawet nie wspominam, a tych podróżnik wykonał więcej, niż mieści się na przeciętnej karcie pamięci. Łukasz Wierzbicki we wstępie do siódmego wydania wspomina, że cała podróż została udokumentowana na ponad 10 000 fotografii. 

kazimierz nowak tablica

Tablica pamiątkowa na dworcu kolejowym w Poznaniu z zaznaczoną trasą podróży Kazimierza Nowaka.

Każdy ma swoją Afrykę

Z wstępu do „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” dowiadujemy się również, jak historia Kazimierza Nowaka zmieniła życie Łukasza Wierzbickiego. I nie tylko. Pierwsze wydania książki stały się inspiracją dla ludzi, którzy w latach 2009 – 2011 powtórzyli wyczyn podróżnika i przejechali Afrykę jego śladami.

Rok po zakończeniu tej wyprawy odbył się pierwszy Plener Podróżniczy, na którym spotykają się ludzie zainspirowani losami Kazimierza Nowaka, opisanymi w książce. Co roku do Boruszyna przyjeżdżają uczestnicy Afryki Nowaka. Są tam również ludzie, dla których – podobnie jak dla polskiego podróżnika – nieustanne bycie w drodze stało się sposobem na życie. Osoby, przemierzające świat na rowerach, łodziami, pieszo, a nawet żaglowozami.

Sam dwukrotnie byłem na Plenerze, za każdym razem przyjeżdżając tam z Krakowa rowerem. To nauczyło mnie jednego. Gdy przejechałem 500 km, dzielących Kraków od Boruszyna, poczułem się podróżnikiem. Słuchałem później opowieści ludzi, którzy jechali w sztafecie Afryki Nowaka, podróżowali po Azji żaglowozami lub przemierzyli Amerykę Południową rowerem. Przybiłem piątkę z Aleksandrem Dobą, który przepłynął Atlantyk kajakiem. I wiecie co? Nie czułem się od nich gorszy.

Historia Kazimierza Nowaka i spotkania z ludźmi, na których wpłynęła, uczą, że nie liczy się, ile kilometrów masz na koncie. Nieważne, czy opowiadałeś o swojej podróży w telewizji śniadaniowej ani to, czy napisałeś książkę. Ważne jest to, żeby podróżować. Wyznaczyć sobie cel, skrojony na własne potrzeby i go osiągnąć. Znaleźć swoją własną Afrykę. Nawet jeśli leży ona kilkanaście kilometrów za miastem.

Cytaty użyte w tekście pochodzą z książki „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931 – 1936”, wydanie 7. (wydawnictwo Sorus).

Fot. 2

Nasza ocena:

5 / 5 gwiazdek      
  • Krzysztof Słychań

    Podziwiam podróżników i ich odwagę. Swoją drogą, wśród moich znajomych (rzeczywistych) jest pewna Marzena i jej narzeczony Janek. Przejechali przez całą Azję i Australię, pisząc relacje na blogu http://nagniatamy.pl
    Świat jest mały ;)