Rowery holenderskie, czyli wygodne woły robocze

Rowery holenderskie, czyli wygodne woły robocze

Czy doktryna religijna i architektura mogą mieć wpływ na to, jak wygląda rower? Okazuje się, że tak. Dziś przedstawiamy wam rowery holenderskie – najbardziej klasyczne wcielenie mieszczuchów.

Pisanie o tym, czym jest rower holenderski na blogu takim jak nasz, przypomina przepis „jak ugotować wodę” na blogu kulinarnym.

To była pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, gdy wśród pomysłów na wpisy trafiłem na odcinek serii rowery miejskie z holendrami właśnie. Mam jednak do nich słabość i postanowiłem opowiedzieć wam o tych rowerach nieco więcej. Pewnie kojarzycie, że holendry są duże i ciężkie, ale nie wszyscy wiedzą, że…

Rowery holenderskie nie pochodzą z Holandii

Pod tym względem przypominają naszą kawę „po turecku”, która z Turcją ma niewiele wspólnego. Rowery holenderskie pochodzą z Wielkiej Brytanii. Holendrzy nie wynaleźli bowiem rowerów miejskich. Jednoślady trafiły na Niderlandy pod koniec XIX wieku, kiedy Anglia, Niemcy i Francja przodowały w produkcji rowerów.

Holendrzy zaczęli kopiować zagraniczne rozwiązania. Wtedy właśnie rozpoczyna się historia dwóch znanych do dziś producentów – Gazelle (działa od 1892 r.) i Batavusa (od 1904 r.), któremu zawdzięczamy najbardziej ikoniczny model roweru holenderskiego – Old Dutch.

rowery holenderskie - batavus old dutch

Z czasem rowery produkowane na zachodzie Europy zaczęły zmieniać swój charakter. Stawały się bardziej kolorowe, lżejsze i nabierały sportowego sznytu. Inaczej było w Holandii. Tam rowery nadal pozostawały czarne, ciężkie i znacznie tańsze od ich zagranicznych kuzynów. Można wręcz powiedzieć, że były przestarzałe w porównaniu do zachodnich trendów. Dziś Holandia kojarzy nam się z postępowym krajem. Skąd zatem takie podejście do rowerów?

Jedno z wyjaśnień, na jakie trafiłem, przyczyn upatruje w kalwinizmie. Praktyczne i mniej materialistyczne podejście do życia  znalazło swoje odbicie w jednośladach, jakimi Holendrzy poruszali się na co dzień. Rowery miały być praktycznym narzędziem służącym do jazdy, a nie podkreślania statusu. Kolejne czynniki, które ukształtowały wygląd holendrów z religią mają niewiele wspólnego.

W wąskim domu nie ma miejsca na rowery

Po pierwsze, w krajobrazie Holandii trudno doszukać się wzniesień. Płaski jak stół teren powodował, że przerzutki i inne tego typu nowinki zwyczajnie nie były potrzebne Holendrom do szczęścia. W zupełności wystarczał napęd z jednym przełożeniem. Zapewne nie bez znaczenia pozostawała architektura takich miast jak Amsterdam. Dobrze wyjaśnił to w swoim filmie Radosław Gajda.

W mieście wybudowanym na osuszonych bagnach i poprzecinanym kanałami, każdy skrawek ziemi był na wagę złota. Już w XVII wieku rada miejska ustaliła limity określające maksymalne wymiary domu. Dodatkowo radni uchwalili wysokie stawki podatku naliczane od szerokości ściany frontowej. W efekcie budowano domy wąskie i długie, sięgające daleko w głąb działki.

Nie trzeba chyba dodawać, że przy takich warunkach trzymanie roweru w mieszkaniu (a tym bardziej w garażu lub komórce) było sporą ekstrawagancją. Pozostawała ulica.

Parkowanie pod chmurką

Takie właśnie są holendry – „ulicoodporne”. Konieczność pozostawiania roweru przypiętego przed domem znalazła swoje odbicie w konstrukcji. Dlatego często wyposaża się je w blokadę tylnego koła utrudniającą kradzież. Nie bez znaczenia są również warunki atmosferyczne. W końcu Holandia to dosyć deszczowy kraj.

Rowery holenderskie zwykle posiadają pełną osłonę łańcucha. Chroni ona odzież przed ubrudzeniem olejem lub wkręceniem w elementy napędu. Osłona zabezpiecza też sam łańcuch przed deszczem lub śniegiem, dzięki czemu nie trzeba go smarować lub wymieniać zbyt często.

rowery holenderskie - osłona łańcucha

Kolejnymi mechanizmami narażonymi na warunki atmosferyczne są hamulce i przerzutki. W holendrach często znajdziemy hamulce bębnowe lub rolkowe. Obydwa rozwiązania nie należą do najskuteczniejszych, ale ukrycie mechanizmu wewnątrz piasty powoduje, że wilgoć nie ma większego wpływu na ich żywotność. To samo dotyczy przekładni planetarnych, zwanych potocznie przerzutkami w piaście.

Wygodny wół roboczy

To, że rowery holenderskie są zwykle odpornymi na pogodę „wołami roboczymi” nie oznacza, że są niewygodne. Wręcz przeciwnie. Komfort jazdy jest jednym z wyróżników tego typu rowerów.

Przede wszystkim jadąc na holendrze siedzimy w pozycji wyprostowanej. Ciężar ciała nie jest przenoszony na nadgarstki, jak ma to miejsce choćby w rowerach szosowych, ale spoczywa głównie na siodełku (szerokim i amortyzowanym). Pozycja za kierownicą nie jest może zbyt aerodynamiczna, ale ułatwia obserwację tego, co dzieje się na drodze.

rowery holenderskie - wyprostowana pozycja

Holendry służą przeważnie do codziennego poruszania się po mieście, dlatego są przystosowane do jazdy w normalnym stroju. Wspomniałem już o osłonie łańcucha. W rowerach holenderskich często znajdziemy też osłonę tylnego koła, która umożliwia jazdę w spódnicy lub sukience, dodatkowo ograniczając rozpryski wody. Standardem są pełne błotniki, nierzadko zakończone chlapaczami.

W końcu jak przystało na pojazd do codziennej jazdy, nikt nie chce zaprzątać sobie głowy pamiętaniem o tym, by wziąć ze sobą lampki. Dlatego holendry mają zwykle oświetlenie na stałe przymocowane do roweru. Dodajmy do tego solidną nóżkę i bagażnik i mamy pełnię rowerowej wygody.

Rzecz jasna rowery holenderskie nie zatrzymały się w czasie. Modele dostępne dziś na rynku mają lekkie ramy, wielobiegowe piasty, pojawia się też amortyzacja.

rowery holenderskie - batavus

Z relacji znajomych, którzy odwiedzili Amsterdam wiem jednak, że jedno się nie zmieniło. Podejście Holendrów do ich rowerów. Na ulicach wciąż królują mocno wysłużone jednoślady, które nie mają ładnie wyglądać. One po prostu mają jeździć.

 

Fot. 1, 3, 4

  • Krzysztof Słychań

    Kwestia podejścia: Ma jeździć, jak się złapie flaka – łatamy dętkę… i na tym serwisowanie się kończy, mimo sklepów/warsztatów rozmieszczonych tak gęsto jak w Polsce apteki. Nawet z ciśnieniem w kołach jest kiepsko (wszędobylskie kapcie), łańcuchy są nienaoliwione, za mało naciągnięte i częstokroć pordzewiałe, łożyska nienasmarowane, koła – rozcentrowane, a oświetlenie mogłoby działać gdyby się chciało je włączyć. Holendrzy rzadko przejmują się wyposażeniem roweru w wygodne/przydatne części (większość rowerów ma jednobiegowe torpedo), choć często dodają przednie bagażniki. Rower żyjący 24-7 na ulicy jest narażony na szereg niebezpieczeństw, od kradzieży przez rozwalenie przez niezdarnie manewrujące auto, po wrzucenie do kanału przez kogoś „dowcipnego” (lub złodzieja).

    Batavus i Gazelle wcale nie są takie stare w porównaniu z firmą Burgers ENR (Eerste Nederlandse Rijwielfabriek – Pierwsza Holenderska Fabryka Rowerów), powstałą w 1869r.: http://burgers-enr.net/
    Niestety, nie dożyła setki (choć robiła świetne rowery), a marka została kupiona przez koncern PON.

    Co najfajniejsze, w holenderskich miastach (nie tylko w Amsterdamie!) nietrudno natknąć się na prawdziwe oldtimery, z reguły z okolicznych zakładów. Gazelle z lat 50-tych to widok codzienny (poznać je można po okrągłej lampce zespolonej z tylnym błotnikiem, niekiedy widoczna jest też korba z czterema biegnącymi gazelami). Czasem pod oczy nawiną się rowery marek nie istniejących od dziesięcioleci, takich jak Burco, Phoenix czy Simplex. Od czasu do czasu można zauważyć antyczny dwukołowy rower transportowy (transportfiets) lub trójkołowy (bakfiets); znacznie częściej – ich współczesne odpowiedniki takie jak Cortina U4 albo Bakfiets.nl.

    Zabytkowe rowery są praktycznie niezniszczalne. Producenci przykładali dużą wagę do jakości stali, z jakiej robili swoje jednoślady; dodatkowo, stosowano elektrochemiczne zabezpieczanie przed korozją (fosforanowanie) i nakładano kilka powłok lakierniczych. Rdza rzadko przedostaje się w głąb metalu; jeśli już, to pozostaje na powierzchni i przeciwdziała dalszej korozji. Niestety, cięcie kosztów zrobiło swoje i dzisiaj większość sprzedawanych w Holandii rowerów to tanie, nietrwałe, rdzewiejące graty (np. Kronan, Limit, Nostalgie, Redy, Popal, On the Road itp.). Nawet Gazelle i Batavus postanowiły ciąć koszty; sporo z nich rdzewieje na ulicach. Dobrze trzymają się Azor, Bakfiets.nl, Workcycles czy Koga / Koga-Miyata.

    • Dzięki za obszerny komentarz i informacje o markach rowerowych. Nie raz już słyszałem o tym, jakimi gratami jeździ się w Amsterdamie. Szczerze mówiąc zawsze mnie to dziwiło. Denerwuje mnie, gdy coś piszczy w rowerze, nie mówiąc już o flaku.

      • Krzysztof Słychań

        Sporo Holendrów ma po kilka rowerów do różnych zastosowań. Na co dzień jeżdżą po mieście „rzęchami”, ale często mają też trekkingi i szosówki; dużo bardziej popularne są także rowery elektryczne (nie tylko wśród osób starszych).

        BTW, mała ciekawostka:
        Jak wygląda Kronan po kilku miesiącach/latach spędzonych 24/7 w deszczowym, holenderskim klimacie? ;)
        Np. tak: https://www.flickr.com/photos/elegantandrogyne/14220743333/
        albo tak: https://www.flickr.com/photos/henryinamsterdam/3931628314/
        albo tak: https://www.flickr.com/photos/henryinamsterdam/3532861855/ (wymieniono już widelec i tylne koło; bagażnik się rozleciał)
        I *wcale nie* napawa mnie dumą fakt, że są produkowane w fabryce Krossa w Przasnyszu: https://www.flickr.com/photos/henryinamsterdam/3532861855/

        Oprócz tego na drogach dla rowerów jest od groma skuterów. Tamtejsze prawo o ruchu drogowym rozróżnia dwie kategorie tych pojazdów: większe/cięższe są traktowane jako motocykle, ale lekkie poruszają się po infrastrukturze rowerowej i nie ma obowiązku jazdy w kasku, więc są niezwykle popularne, zwłaszcza w Amsterdamie. Są hałaśliwe, smrodzą, często mają zdjęte fabryczne ograniczniki prędkości („kagańce”) i jeżdżą dużo szybciej niż rowery, pogarszając poczucie bezpieczeństwa (brak mi danych o faktycznych zdarzeniach drogowych z ich udziałem).

        • Maciej Rutecki

          ” Są hałaśliwe, smrodzą, często mają zdjęte fabryczne ograniczniki
          prędkości („kagańce”) i jeżdżą dużo szybciej niż rowery, pogarszając
          poczucie bezpieczeństwa (brak mi danych o faktycznych zdarzeniach
          drogowych z ich udziałem).”

          Co pewien czas policja robi akcje (z przenośną hamownią) i wyłapują takich, ale nadal to problem. Z popularnością aż tak bardzo nie jest źle, jednak rowery dominują. Choć coraz częściej mówi się o ograniczeniach ruchu dla tych pojazdów.

      • Maciej Rutecki

        Wbrew pozorom rowery w Amsterdamie — jeśli chodzi o napęd — nie są w złym stanie. Owszem dużo ma rdzę, ale większość jeździ bez hałasu. Co innego hamulce; są w tragicznym stanie, ale rowerzyści i tak ich nie używają. :-)

  • Przygarnąłbym takiego.
    Zadbany, solidnie wykonany rower na miejską jazdę to skarb.
    Tylko do Bielska przydałby się taki, który poradzi sobie na pagórkach ;)

    • Poszukaj modelu z 7-biegową piastą Nexus. Jak kupujesz używany rower, to trochę loteria, bo nigdy nie wiadomo, czy poprzedni właściciel serwisował i używał jej właściwie. Kupno samej nowej piasty tego typu to wydatek kilkuset złotych. Mimo to daje radę. Sam mam taką i choć zwykle używam 3 biegów, to dodatkowe przełożenia się przydają właśnie na górkach albo jak mam okazję się rozpędzić.

    • Krzysztof Słychań

      Warto. Jeśli rower ma służyć do dojazdów/powrotów z pracy przez cały rok, to polecam rozejrzeć się za czymś z przednią piastą z dynamem i hamulcem bębnowym lub rolkowym. Tył – 7 lub 8 biegów + torpedo lub hamulec rolkowy/bębnowy.

      Z mojej strony polecam używane Gazelle Basic. Cena 500…700zł jest przystępna, 1000zł też idzie znieść; sama piasta przednia kosztuje ok. 300zł (nowa), ale rewelacyjnie hamuje i zawsze mamy światło.
      Te rowery z reguły są jednobiegowe, ale można przepleść koło na inną piastę, o ile odstęp między hakami ramy nie jest za mały.
      Minusem jest trudność w znalezieniu prostego, czarnego, eleganckiego designu bez bajerów.

      • Dziękuję za odpowiedzi Wam.
        A w przypadku tej Gazelle Basic na co szczególnie zwrócić uwagę przy kupnie używanego?
        Oczywiście lekturę jak kupować rower używany odrobię, jednocześnie pytam Was jako o wiele bardziej znających się na detalach.
        Bo znalazłem jeden za 650zł.

        Krzysiek – jednobiegowy chyba nie będzie wystarczający na bielskie pagórki.

        • Krzysztof Słychań

          Jednobiegowy raczej odpada (inaczej niż w równej jak stół Łodzi :)), ale można przepleść koło lub wymienić na inne, z piastą wielobiegową. Koszty to 50…300zł za piastę z oprzyrządowaniem, ok. 50…70zł za porządne szprychy i 30…50zł za usługę zaplecenia i wycentrowania koła u mechanika. Można też kupić używane koło – 150…400zł, ale z reguły trzeba dokupić manetkę, linkę i parę innych elementów, co może kosztować kilkadziesiąt zł.

          Należy uważać na rozmiar kół. Niby 28″, ale można się zdziwić… Obręcze dla kół tego rozmiaru mogły mieć dwie średnice: 622mm (najczęściej spotykane) i 635mm (rzadko spotykane we współcześnie produkowanych rowerach z wyjątkiem holenderek, w tym Gazelle). Rozmiar obręczy i opony musi się zgadzać, żeby założenie opony było w ogóle możliwe. O ile opony 622mm są typowe, o tyle 635 są nie do dostania w większości lokalnych sklepów rowerowych, ale do zdobycia w sklepach nastawionych na rowery miejskie. W razie czego pozostaje zakup online :). Tak więc najlepiej zapytać sprzedawcę o rozmiar opon.

          Jeśli rower ma służyć do dojazdów do pracy, polecam opony z wkładką przeciwprzebiciową, np. Schwalbe Marathon Plus. Jeżdżę od lat; szkło, gwoździe itp. im niestraszne. Jedyna wada – cena (100…120zł za szt., ale zwróci się w postaci zaoszczędzonego czasu i braku wydatków na dętki/reperaturki) i nie są produkowane w kolorze kremowym ;).

          W ruchu ulicznym bardzo przydaje się lusterko.

          Polecam też rozejrzeć się za porządnym skórzanym siodełkiem np. Brooks B66 / B67 (rozsądne ceny to 60…80zł) lub Lepper Primus (90…150zł). Uwaga: w przypadku Primusów trzeba przyjrzeć się przedniej sprężynie, bo lubią się łamać, a nowe są trudne do zdobycia. Przez kilka tygodni/miesięcy takie siodełko może być niewygodne, ale z czasem dopasuje się do czterech liter i stanie się najbardziej komfortowym siodełkiem na świecie. To jest o tyle ważne, że na rowerze miejskim niemal cały ciężar ciała spoczywa na siodełku.

    • Remigiusz Marondel

      Jak nie sprawiło by Ci to problemu to polecam niedzielne targowisko we Wrocławiu,takich rowerów jest kilkadziesiąt do wyboru,za 1000 zł kupujesz sprzęt dobrze wyposażony w świetnej kondycji.

  • vedomyr

    Przetłumaczyłem ten świetny artykuł dla bloga ukraińskiego „З велосипедом” („Z rowerem”). Dziękuję! :-)
    http://zvelosypedom.org/post/145814135021/golandski-velosypedy

  • Iza

    Ja mam właśnie takie szerokie siodło w miejskim. Następnego dnia po jeździe nieżle bolą mnie plecy. Myślicie’ że to kwestia przyzwyczajenia, czy coś mam źle ustawione? Dodam, że rower jest nowy – Cossack City Classic. Jeździłam na nim kilka razy. Siodło jest dobrze ustawione, to znaczy na dobrej wysokości. Ewentualnie można by było obniżyć kierownicę, ale nie wiem czy jest sens, bo ogólnie rzecz biorąc dobrze mi się jeździ, nawet kilkanaście kilometrów, tylko ten ból w dole pleców następnego dnia…

    • Maciej Rutecki

      Zakładając, że nie masz jakiś poważniejszych zwyrodnień kręgosłupa, urazu lub nieprawidłowo ustawionego siodełka, to kwestia źle dobranej ramy, albo (najprędzej) ustawień kierownicy.

      Z objawów wynika, że się garbisz na rowerze. Poproś kogoś, kto może popatrzeć z boku jak jeździsz, a Ty postaraj się jechać naturalnie (najlepiej na dłuższą wycieczkę, bo na początku jeszcze możesz się kontrolować, a potem już odruchowo będziesz jechać jak Ci pasuje).

      Niekoniecznie obniżenie kierownicy pomoże, jak przesadzisz, to pojawią się obtarcia na udach (zbytnie pochylenie się na szerokim siodełku) i zaczną doskwierać nadgarstki oraz kark. Jeśli masz możliwość regulacji kierownicy przód-tył, to z tym także poeksperymentuj: spróbuj zbliżyć kierownicę do siebie, aby wymusić wyprostowaną pozycję. Rower to mieszczuch i powinnaś siedzieć na nim wyprostowana.

      Inna możliwość: zły rozmiar ramy (za duża odległość pomiędzy siodełkiem, a kierownica). Chyba są specjalne sztyce, które mają offset i potrafią przybliżyć/oddalić siodełko o więcej, niż pozwala na to samo siodełko. Przy okazji: poza regulacją góra/dół siodełka sprawdzałaś ustawienie przód-tył? Na blogu roweroweporady.pl był na ten temat artykuł i nawet chyba niedawno film.

  • Iza

    Wczoraj obniżyłam lekko kierownicę, przejechałam 20 kilometrów. Ból plecó jest zdecydowanie mniejszy, być może doskwiera jeszcze ten z poprzedniej wycieczki. Jeżdżę z mężem, patrzył jak siedzę i nie garbię się, moja pozycja jest prawie całkowicie wyprostowana. Nadgarstki nie bolą, kark delikatnie. Być może jest to efekt tego, że dopiero zaczynam przygodę z rowerem.
    Co do ramy to jest to rozmiar 20,5. Pan w sklepie mówił, że mieszczuchy mają rozmiary nieadekwatne do np. trekingów. Uważam, że rama jest dobrze dobrana. Odległość siodełka od kierownicy jest taka, że trzymając dłonie na kierownicy, cała ręka jest delikatnie ugięta w łokciu.
    Jeszcze ewentualnie siodło sprawdzę. Teraz jest idealnie na równo, może odchylić je trochę do tyłu lub przodu?

    • Maciej Rutecki

      Skoro się nie garbisz, to ok. Trzeba jeszcze pojeździć i zobaczyć czy to tylko kwestia przyzwyczajenia do roweru.

      „Teraz jest idealnie na równo, może odchylić je trochę do tyłu lub przodu?”

      Generalnie mężczyźni mają tendencje do podnoszenia noska siodełka do góry, zaś kobiety do dołu. Wynika to z anatomii (z resztą damskie siodełka są krótsze, ale szersze).

      No i oprócz tego masz regulację (1-2cm) przód-tył, przesuwając-oddalając siodełko w kierunku kierownicy, ale ona głównie ma wpływ na nogi.