Dawno temu na jednym z niezliczonych projektów blogowych, powstających na blox.pl po każdej grubszej imprezie, pisałem o spamie informacyjnym. To zjawisko, które sprawia, że wiesz kim jest Justin Bieber, Lady Gaga i Rebecca Black. Nie ważne, że nie zaglądasz do Pudelka, nie masz telewizora i przestałeś oglądać MTV po tym jak muzyka ustąpiła miejsca reality show o majtkach. Po prostu wiesz.
Dziś będzie o spamie innego rodzaju - spamie wizualnym. Do napisania tego tekstu zainspirowało mnie zdjęcie zrobione w Luwrze, które znalazłem przez przypadek w sieci.
Czasy chodzenia do muzeów po to, by obcować ze sztuką minęły bezpowrotnie. Dziś lemingi z cyfrówkami przychodzą do Luwru aby zrobić fotkę, zaliczyć kolejny znany obraz i pójść dalej. Jest to o tyle zabawne, że w internecie można znaleźć reprodukcje Mona Lisy w dowolnej rozdzielczości.
Później podobne zdjęcia w hurtowej lądują na Flickrze albo podobnych serwisach. Każdy z lemingów czuje się w obowiązku wrzucić wszystkie fotki z wycieczki z Paryża, nie stosując absolutnie żadnej selekcji. Tagi? Obowiązkowo. W efekcie chcąc znaleźć jakieś wartościowe zdjęcie trzeba przekopać się przez kilkanaście stron wyników wyszukiwania, zapełnionych badziewiem.
Ale Flickr to jeszcze małe piwo. Najgorsze wcielenie spamu wizualnego można spotkać na YouTube. Próbowaliście kiedyś znaleźć nagranie koncertowe swojego ulubionego wykonawcy? No właśnie.
Gówno widać i gówno słychać, ale kilkudziesięciu kretynów musiało pokazać światu, że było na koncercie, tym samym spamując wyniki wyszukiwania. O ile jeszcze potrafię zrozumieć cykanie fotek Mona Lisie, to nagrywanie koncertu komórką to już wiocha porównywalna tylko z robieniem sobie zdjęć przed lustrem w łazience. A wrzucanie tych nagrań na YouTube’a powinno być karane dożywotnim zakazem używania telefonu komórkowego.


