Velocar – samochód na pedały dla nieco większych dzieci

Velocar – samochód na pedały dla nieco większych dzieci

Był taki czas, kiedy widok dorosłych ludzi jadących samochodem na pedały budził zazdrość, a nie zdziwienie. Poznajcie historię Velocar – francuskiej odpowiedzi na wojenny kryzys.

Gdy byłem dzieckiem, samochód na pedały był jednym z moich marzeń. Wyobrażałem sobie, jak przemierzam nim podwórko i stylowo podjeżdżam po koleżanki. Fakt, że radzieccy konstruktorzy nie przewidzieli miejsca dla pasażerki nie był już tak istotny.

samochód na pedały moskwicz

Nigdy nie doczekałem się takiego pojazdu. Więcej szczęścia ode mnie miał niejaki Georges Mochet, chłopiec urodzony w Puteaux (Francja), którego dzieciństwo przypadło na dwudziestolecie międzywojenne.

Na siedząco pedałuje się łatwiej

Ojciec Georgesa, Charles Mochet, był inżynierem samoukiem. Ten uzdolniony konstruktor miał wielką pasję do rowerów i żonę, która tej pasji nie podzielała. Charles próbował zaszczepić bakcyla synowi już od najmłodszych lat. Pani Mochet podchodziła do tego pomysłu dość sceptycznie obawiając się, że jazda na rowerze jest zbyt niebezpieczna i grozi upadkami.

Chcąc uspokoić nieco żonę Charles skonstruował dla syna czterokołowca napędzanego pedałami. Szybko okazało się, że nowa zabawka nie tylko podoba się dzieciom, ale ma pewne interesujące właściwości. Mochet zbudował więc większą wersję samochodziku, dostosowaną rozmiarami do dorosłej osoby.

Mochet Velocar

Odkrył wtedy, że pedałowanie w pozycji siedzącej jest całkiem wygodne, a pojazd porusza się nadspodziewanie szybko. Charles Mochet przypadkiem wpadł na to, co dziś wiedzą doskonale właściciele rowerów poziomych. Pozycja horyzontalna z plecami opartymi o oparcie jest po prostu bardziej efektywna od jazdy klasycznym rowerem. Dodatkowo cały pojazd ma lepsze właściwości aerodynamiczne.

Mochet postanowił pójść o krok dalej. Pozbawił całą konstrukcję karoserii i podzielił ją na pół. W ten sposób powstał Velo-Velocar (w skrócie”V-V”) przypominający współczesne poziome konstrukcje.

Rower okazał się strzałem w dziesiątkę. W 1933 r. zawodnicy startujący na maszynie Mocheta ustanowili wiele rekordów prędkości i zgarnęli sporo nagród zostawiając kolarzy na klasycznych rowerach daleko w tyle. Sukcesy sportowe nie trwały jednak długo. Członkowie Union Cycliste Internationale zorientowali się, że rywalizacja z rowerami poziomymi Mocheta jest nierówna i zakazali startu w zawodach na tego typu maszynach.

Pan pedałuje, pani odpoczywa

Wróćmy jednak do „cywilnej” wersji Velocara przypominającej przerośnięty samochodzik na pedały. Wspomniałem już, że pojazd moich dziecięcych marzeń miał pewną zasadniczą wadę – nie pozwalał na zabranie pasażerki. Inaczej było w przypadku Velocara. Charles Mochet ulepszał swoją konstrukcję i w latach 30. pokazał światu wersję dwuosobową.

Velocar dwuosobowy

Powstało kilka odmian powiększonego Velocara. Miały trzy lub cztery koła, dwa miejsca siedzące i dwa zestawy pedałów. Pasażer mógł pomóc kierowcy lub odpoczywać, gdy nie miał ochoty na pedałowanie. Łańcuchy połączono z wałem napędowym znajdującym się pod siedzeniami. Biegi zmieniano małym drążkiem pod siedzeniem kierowcy.

Początkowo pojazdy Mocheta miały tylko dwa przełożenia. Wynalazca ulepszał Velocar stale, dodając kolejne rozwiązania ułatwiające jazdę. Z czasem pojawił się trzeci bieg i rozwiązanie przypominające sprzęgło. Kierowca mógł też wybrać, czy napęd będzie przenoszony przez jeden czy obydwa łańcuchy. W latach 40., kiedy produkcją zajmował się już syn Mocheta, Georges, Velocary doczekały się pięciu biegów, dachu i wyglądały mniej więcej tak:

velocar 1945

Użytkownicy (kierowcy?) Velocara byli całkiem zadowoleni z pojazdów, jednak do pełni szczęścia wciąż brakowało im jednego – silnika. Velocary przerabiano więc metodami chałupniczymi i montowano niewielkie silniki z motorowerów. Georges Mochet nie pozostał głuchy na sygnały płynące z rynku i pod koniec lat 30. produkował wersje z silnikiem o zawrotnej pojemności 88 cm3. Później „pod maską” znalazły się jednostki o pojemności 100 i 125 cm3. Zmotoryzowany Velocar (zwany również Le P’tit Auto, czyli małe auto) miał 2,4 m długości, był szeroki na 1,3 m, a jego waga dochodziła nawet do 100 kg.

Ucieczka z miasta bez tankowania 

Velocary były zatem duże i ciężkie jak na pojazd napędzany siłą ludzkich mięśni. Jednocześnie były mniejsze niż normalne samochody i nie mogły przewozić dużego ładunku. Niewielkie i archaiczne silniki raczej niewiele pomagały. Podejrzewam, że więcej było z nimi kłopotu niż pożytku. Ojciec i syn Mochetowie latami produkowali zatem coś, co wydaje się nie mieć sensu. Mimo to znajdowali sporo klientów. Dlaczego?

Pojazdy Mochetów idealnie wstrzeliły się w trudne czasy. Lata 20. to leczenie ran po I Wojnie Światowej. Wówczas kupno prawdziwego samochodu było poza możliwościami większości Francuzów. Gdy w kolejnej dekadzie sytuacja gospodarcza poprawiła się, sprzedaż Velocarów nieco spadła, jednak nie na długo. Podczas II Wojny Światowej Francuzi znów zaczęli przesiadać się do samochodów napędzanych pedałami.

Powód był prosty. Pod niemiecką okupacją benzyna była praktycznie nieosiągalna. Velocary znów pojawiły się na ulicach francuskich miast. Jeżdżono nimi do pracy, po zakupy i na wycieczki. Podobno wielu rodzinom udało się wymknąć z okupowanego Paryża w bezgłośnych samochodach Mochetów.

Po wojnie Georges Mochet nadal produkował swoje pojazdy. Do 1957 r. francuskie przepisy nie wymagały żadnych uprawnień do prowadzenia pojazdów z silnikami do 125 cm3, co pozwoliło na rozwój biznesu. Produkty marki Mochet bardziej niż rower zaczęły przypominać prawdziwe samochody, choć wciąż niewielkich rozmiarów.

Samochód Mochet

Georges Mochet zmarł w 2008 r., a do dziś zachowało się kilkadziesiąt Velocarów będących własnością muzeów lub prywatnych kolekcjonerów. Idea czterokołowców napędzanych siłą ludzkich mięśni nie umarła jednak wraz z popularyzacją samochodów. Spadkobiercy Velocara zyskali nowoczesny osprzęt, nadwozia z laminatów i podobnie jak kiedyś biją rekordy prędkości.

Powstają też rowerowe samochody mające ze sportem niewiele wspólnego. Na filmie możecie zobaczyć projekt pewnego Szweda, który wyposażył swój pojazd we wspomaganie elektryczne, zawieszenie, wycieraczki i inne udogodnienia. On również nie zabierze na przejażdżkę pasażerki. Mimo to podejrzewam, że wiele osób mijając go czuje dziś to samo, co ja 20 lat temu widząc dzieciaka w blaszanym Moskwiczu. 

 

Źródła: conceptcarz.comoppositelock.kinja.com, Wikipedia,

Fot. 1, 5